Jesteś tutaj: Home » Działalność Klubu » Życie klubowe » Działalność » życie klubowe » Joli wyprawa do Santiago de Compostela
To był kolejny eksperyment (a właściwie rozwijanie umiejętności), który zakończył się naszym sukcesem! Nadzwyczajne Walne Zebranie Klubu, którego głównym celem było zatwierdzenie... więcej
27/09/2021
8 marca = Święto Kobiet, ale tegoroczny Dzień Kobiet był podwójnym świętem. W szeregi LC Gdańsk Amber wstąpiły dwie nowe Członkinie: Alina Brownridge i Hania Kosycarz I... więcej
08/03/2021
To już ponad 22 lata minęło od momentu, gdy PDG Alek Bończa Tomaszewski (LC Gdańsk Neptun) postanowił powołać do życia pierwszy w Polsce północnej kobiecy Klub Lions. Członkiniami... więcej
19/10/2020
9 grudnia 2019 w przytulnym i świątecznym już nastroju restauracji Casa Cubeddu w Gdyni Orłowie zorganizowałyśmy nasza klubową Wigilię. Rozświetlona choinka, pięknie nakryty stół i... więcej
09/12/2019
We włoskim, przytulnym klimacie Casa Cubeddu - restauracji w Gdyni Orłowie, odbyło się kolejne przekazanie władzy w naszym Klubie. Czas szybko mija. Po udanym, jubileuszowym roku,... więcej
14/07/2019
Na jubileusz 20-lecia charteru LC Gdańsk Amber, w sobotę 6 kwietnia 2019 roku, Amberki zaprosiły Gości do Teatru Szekspirowskiego, jednej z najciekawszych, wielokrotnie nagradzanej... więcej
06/04/2019
Wieczorem 5 grudnia 2018 roku bez śniegu, bez mrozu, za to z wielkimi nadziejami na serdeczne rodzinne spotkanie licznie przyjechały Amberki do gościnnego domu Doroty i Andrzeja na... więcej
05/12/2018
Listopadowy wieczór, opustoszałe alejki oliwskiego parku lśnią kroplami deszczu. Pałac Opatów w półmroku, a w lewym jego skrzydle otwarte na oścież drzwi wabią cichym gwarem,... więcej
09/11/2018
Nasze XII Kolędowanie Amberek za nami. Możemy być dumne, że ten wspólny styczniowy wieczór stał się już naszą tradycją. Tym razem nie dopisał nam śnieg ale dopisali znamienici... więcej
12/01/2018
Tegoroczne przekazanie władzy w Klubie ponownie odbyło się w przyjaznej nam Villi Eva we Wrzeszczu. Jakoś tak dobrze nam w tym miejscu, jego przytulność, elegancja, gościnność i... więcej
09/07/2017
Piękną tradycją stało się nasze coroczne, styczniowe kolędowanie. To szczególny czas kiedy spotykamy się z naszymi bliskimi, przyjaciółmi i fanami Klubu. Jesteśmy w cudownych... więcej
21/01/2017
Mamy właśnie za sobą przemiłe lioneskie spotkanie międzklubowe: my Amberki i członkinie LC Sastamala/Linda, które zjawiły się licznie – razem 25 gości, z czego 16 osób to Lioni, a... więcej
29/10/2016
To już kolejny raz… W tym roku doniosłe wydarzenie przekazania władzy w klubie odbyło się w niedzielę 17 lipca 2016 r. w gościnnych progach Villi Eva we Wrzeszczu, w której... więcej
17/07/2016
W sobotni wieczór, 16 stycznia 2016 roku, w pięknych wnętrzach Hotelu Rezydent w Sopocie odbyło się coroczne Kolędowanie Amberek. Goście przybyli licznie… nasi bliscy, przyjaciele i... więcej
16/01/2016
I znów spotkałysmy się w letnie, niedzielne południe na Kaszubach - u naszej koleżanki klubowej Ewy i jej męża Stasia, by dopełnić ceremoniałom lioneskim. Gospodarze mają wielkie... więcej
19/07/2015
„...Jest taki dzień, tylko jeden raz do roku Dzień, zwykły dzień, który liczy się od zmroku Jest taki dzień, gdy jesteśmy wszyscy razem ...” „...Jest taki dzień, w którym... więcej
17/01/2015
Dzień pierwszy, wtorek - 09.09.2014 r. Wyruszam z Gdańska. Sama i trochę przestraszona. Czuję, że kondycja pozostawia wiele do życzenia. Ale przecież to nie wyścig. Mimo to... więcej
15/09/2014
W październiku 2013 roku  - w ramach obchodów XV lecia charteru LC Gdańsk Amber - gościłyśmy w Gdańsku  grupę Lionek ze szwedzkiego klubu LC Aurora Trollbacken. Był to... więcej
14/09/2014
Już po raz kolejny nasze klubowe przekazanie władzy odbyło się na Kaszubach - u naszej koleżanki klubowej Ewy i jej męża Stasia. Po raz kolejny tam ….. ponieważ gospodarze... więcej
27/07/2014
30 czerwca 2014 r. (poniedziałek) O godz. 13:10 start z gdańskiego Rębiechowa. Ela i Kasia (LC Gdańsk Amber) oraz Hania i Dorota (LC Elbląg Truso) wyruszają na 97 Światową... więcej
05/07/2014
7 lutego2014 w Gdyni Orłowie odbyło się nietypowe spotkanie klubowe. Licznie przybyłe Amberki przy lampce szampana odśpiewały „Sto lat” naszej Prezydent Eli Szmyd. Było nam... więcej
07/02/2014
Tegoroczne tradycyjne KOLĘDOWANIE AMBEREK (a ósme już z rzędu) nabrało trochę innego charakteru . Otóż po raz pierwszy  „nasze kolędowanie" zostało zorganizowane przy „męskim”... więcej
18/01/2014
Grudniowe spotkanie wigilijne Amberek nabrało magiczną moc. Dzięki naszej klubowej koleżance Basi Zaborowskiej spotkałyśmy się w sali na ostatnim piętrze SEA TOWERS w Gdyni. Widok... więcej
19/12/2013
Wiosną 1997 roku Lion Alek Bończa–Tomaszewski zaprosił do swego biura kilkanaście pań – trójmiejskich  przedstawicielek  biznesu, mediów, służby zdrowia i palestry, ... więcej
05/10/2013
W ostatnią niedzielę czerwca, na sopockich kortach tenisowych, w towarzystwie przyjaciół i członków rodzin, nastąpiło uroczyste przekazanie władzy w LC Gdańsk Amber i LC Gdańsk... więcej
23/06/2013
W poniedziałek 11 lutego br. wspólnie z II Wicegubernator Anną Suchecką i przewodniczącym Regionu Północnego Zdzisławem Ryszkowskimodwiedziliśmy kolejny Klub... więcej
11/02/2013
Zima w tym roku naprawdę przyszła. Mroźna, śnieżna, skrząca mrozem pod nogami...  A my się zimy nie boimy! Na kolędowanie czas! Drzewiej saniami, od dworu do dworu,... więcej
19/01/2013
Był już najwyższy czas, żeby zorganizować przekazanie władzy w klubie. Wszak od 15 już dni nowym Prezydentem jest koleżanka Dorota Kuczyńska, a ja nadal dzierżę władzę!!! Ale... więcej
15/07/2012
14 stycznia br. członkinie LC Gdańsk Amber, ich rodziny, przyjaciele klubu, członkowie innych klubów Lions z Trójmiasta - spotkali się w Restauracji Pałacu Opatów w Gdańsku-Oliwie... więcej
14/01/2012
Jak co roku w połowie grudnia członkinie LC Gdańsk Amber spotkały się, żeby świętować nadchodzące Święta Bożego Narodzenia. Tradycją w Polsce  stały się tzw. spotkania... więcej
12/12/2011
W ostatnią niedzielę sierpnia o godz. 12 "Amberki" spotkały się na Kaszubach, na tradycyjnej imprezie BABSKIE LATO. Razem z rodzinami i przyjaciółmi z klubów Trójmiasta... więcej
28/08/2011
Zapowiadano letnią burzę i silne wiatry od morza, a jednak aura była dla nas łaskawa. Amberki wraz z rodzinami i przyjaciółmi celebrowały czternaste przekazanie władzy w Klubie we... więcej
19/06/2011
W kwietniu napisał do mnie sekretarz niemieckiego klubu Lions z Bad Ems, awizując turystyczny pobyt członków tego klubu wraz z małżonkami w dniach 2-5 czerwca w Gdańsku oraz prosząc... więcej
05/06/2011
W sobotni wieczór 22 stycznia Amberki zaprosiły swoich Przyjaciół i Gości do Bychowskiego  Dworu, na piąte już charytatywne Amberek Kolędowanie. Wyjazdy... więcej
22/01/2011
„Za oknem mróz, śnieg i tylko patrzeć, jak pierwsza wigilijna gwiazdka zabłyśnie na niebie, obwieszczając narodziny Chrystusa maleńkiego. To czas, gdy cały nasz chrześcijański... więcej
10/12/2010
Lato jeszcze gorące, ale idące ku schyłkowi... Żniwa zakończone, bociany są w trakcie odlotów za morza, jabłonie, grusze i śliwy uginają się pod ciężarem owoców, jarzębiny już mają... więcej
22/08/2010
W samo południe w niedzielę 18 lipca 2010 roku członkinie LC Gdańsk Amber wraz z rodzinami, znajomymi i przyjaciółmi, spotkały się w Golf Parku w Gdyni Orłowie na ceremonii... więcej
17/07/2010
Styczniowy sobotni wieczór, skrzący się od mrozu śnieg, wygwieżdżone niebo, dookoła biało i cicho. Z daleka widać rozłożysty dwór, rozświetlone okna i postaci... więcej
23/01/2010
W pięknych, nastrojowych wnętrzach restauracji w Pałacu Opatów w Gdańsku-Oliwie spotkałyśmy się w poniedziałkowy wieczór na kolacji wigilijnej. Przy blasku świec i... więcej
14/12/2009
W sobotnie południe Przewodnicząca Strefy Mirka Szczęsna zaprosiła Trójmiejskich Lionów doWejherowa. To spotkanie integracyjne miało również cel... więcej
17/10/2009
Trzeba przyznać, że 4 rano w niedzielę to barbarzyńska godzina. Szczególnie po sobotnich atrakcjach pokonwencyjnych... No, ale cóż - szef lioneskiej ekspedycji Krzysztof... więcej
05/10/2009
Tradycyjnie od lat, w jedną z czerwcowych lub lipcowych niedziel, spotykamy się w plenerze, by w towarzystwie naszych rodzin i przyjaciół, uroczyście dopełnić... więcej
21/06/2009
Mamy za sobą kolejne już – trzecie - styczniowe kolędowanie członkiń Lions Club Gdańsk Amber, ich rodzin i przyjaciół, w dworku w Bychowie. Świąteczny... więcej
19/01/2009
Podobnie jak dziesięć lat temu, około południa, dostojne wnętrze Dworu Artusa w Gdańsku, wypełniało się  radosnym, wielojęzycznym gwarem... więcej
11/10/2008
Słoneczna, tak jak co roku w tym ważnym dla Klubu dniu, pogoda,  zachęcała do wyprawy w okolice Pucka – na Zamek w Rzucewie. Amberki z rodzinami i gośćmi około południa... więcej
29/06/2008
16 czerwca (poniedziałek) Lecimy z Warszawy samolotem na Sycylię. Zostaliśmy przez Włochów zaproszeni na kilkudniowy pobyt, w trakcie którego m.in. ma być... więcej
19/06/2008
23 marca 2008 r. W towarzystwie trójmiejskich Lionów Państwo Brandel pojechali na Wyspę Sobieszewską, gdzie znajdują się dwa ośrodki, wspierane przez gdańskie Kluby Lions. W... więcej
25/03/2008
Drugi już raz w historii klubu członkinie LC Gdańsk Amber wraz ze swoimi mężami, przyjaciółmi i innymi fanami działalności klubu, spotkały się na wieczorze kolęd w Dworku Bychowo.... więcej
05/01/2008
Jak co roku, w grudniowe popołudnie, członkinie LC Gdańsk Amber spotkały się na uroczystej wigilijnej kolacji klubowej. Spotkanie bez porządku obrad, spraw do omówienia, dyskusji.... więcej
04/12/2007

Joli wyprawa do Santiago de Compostela

Dzień pierwszy, wtorek - 09.09.2014 r.

Wyruszam z Gdańska. Sama i trochę przestraszona. Czuję, że kondycja pozostawia wiele do życzenia. Ale przecież to nie wyścig. Mimo to wieczorem o 23-ciej w hostelu czuję, że mam dość.
Wylądowałam w Pamplonie (Pampelunie) o 20:00. Karton, którym podróżował rower został uszkodzony, zgubiono siodełko. Na szczęście mam komplet i przez 2 godziny składam rower. Dla chcących powtórzyć ten wariant rada: bez tabletu, telefonu i lampki czołówki (takiej na głowę) - ciężko sobie poradzić. Po złożeniu roweru przednie koło ociera o bieżnik, ale dzisiaj nie mam siły - zajmę się tym jutro.
Pa! Jola

Na zdjęciach: na lotnisku w Gdańsku przed odlotem i części roweru po otwarciu kartonu już w Pamplonie.

Dzień drugi, środa - 10.09.2014 r.

Ciężka noc w hostelu. Głośna klimatyzacja i cienkie ściany. Jestem na nogach od 6:00.
O 7:40 wyruszam. I tu zaczyna się: 2 godziny błąkam się po Pampelunie, szukając drogi. Koło Uniwersytetu w końcu znajduję drogę i pielgrzymów. Mijam grupki z Włoch i Anglii. Drogi rowerzystów i pieszych to różne drogi. Rozdzielamy się na przedmieściach Pampeluny. Oni wędrują polami, ja samotnie ruszam wąska, asfaltową drogą w kierunku autostrady.
Każdy kogo spotykam - pozdrawia mnie "bueno Camino". Gdy Hiszpanie zauważają, że się gubię lub szukam drogi ruszają na pomoc. Odnajduje drogę AN1110. Jadę nią wzdłuż autostrady. 3-4 razy na godzinę pojawia się samochód (droga zalecana - spokojna). A potem zaczyna się dramat kondycyjny i upał .
Idę od plamki cienia do plamki. W 38 stopniach gorąca liczy się każdy krok. Idę 100 metrów i odpoczywam. I znowu kolejne 100 metrów... Aż wreszcie nagroda: jazda w dół i pierwszy stempel w moim paszporcie w Puente la Reine. I znowu pod górę. Piję ogromne ilości wody, a od jazdy z góry (wiatr) mam podrażnione oczy.
Koło Lorca kończy mi się woda i mimo, że droga wiedzie obok Lorce, idę tam resztkami sił. W Lorce: cień, fontanna, automat z napojami, w schronisku bar z kawą, Coca-cola... Ale zanim to wszystko zobaczę, siedzę 30 minut na stopniach kościoła, bo nie mam już siły. Po godzinnym postoju znowu pod górę.
Po godzinie jestem u celu - w Estell. Nie ma miejsc w schroniskach i hotelach. Przypadkiem spotkane dziewczyny z Wenezueli pomagają mi i mam w końcu pokój w hotelu (dla wybierających się w drogę: woda jest najważniejsza, a krem musi mieć filtr 50). Kłopoty z rowerem: źle pracują hamulce, przedni błotniki zdjęłam i jedzie na bagażniku, razem z 11 kg bagażu. Jutro rano szukam serwisu.

Dzień trzeci, czwartek - 11.09.2014 r.

Rano serwis rowerowy (przy zaangażowanym udziale Hiszpanów: "idź do drugiego serwisu ten jest bardzo zły " itd.). Zeszło do 10:30.
Ruszam z Estelle na piechotę, pchajac w pełni sprawny już rower. Dzisiaj będą długie puste odcinki - bez miejscowości , dlatego muszę kupić wodę. Po 2-ch km żadnego sklepu przy drodze. Ale za to wreszcie jadę. W małej (parę domów) miejscowości Azqueta kupuję wodę w automacie. Wyśmienita!
Dalej oczywiście bez zmian - pod górę. Kilometr dalej postój na poboczu i ląduję w rowie. Głupia sprawa - stoimy obok siebie ja i rower, chcę coś wyjąć z sakwy i on mnie wciąga do rowu. Rów na szczęście tylko z pół metra... Jedyna strata to getry całe w rzepach. No, ale ruszam dalej... Raz z górki, raz pod górkę. Ciągle drogą NA1110. Mijam winnice, wytwórnie win, piękne kościoły. Koło Los Arcos (brak wskazania) wybieram drogę w prawo czyli dalej NA 1110. Dobry wybór. Znowu trochę na piechotę (górki) i jestem w alberge w Sansol. Jem obiad (dostałam z Polski wytyczne, że mam jeść, a nie tylko pić) . Obiad czyli frytki i kurczak to prezent, płace tylko 1 euro za wodę. Najwspanialsza jest jednak woda i jej łyk jako nagroda na każdej górce.
Po Sansol już tylko pod górę i to w słońcu! Nie ma plam cienia i ciężko złapać oddech. Teraz robię przerwy co chwilę. Przed Viana jest już z góry. To połowa planowanej trasy na dziś. Ale postanawiam nie jechać dalej. Jest baaaaardzo gorąco. Od jutra - tak jak inni pielgrzymi - będę wyruszac o 7:30 i kończyć koło 15-tej. Plan planem, ale w Viano pełno pielgrzymów. W schroniskach nie ma miejsca, a więc znowu hotel.
30 minut zwiedzania, pranie i idę spać....

Ps. na zdjęciach - alberge w którym zabrakło miejsca i dolina, w której widać początek jutrzejszego drogi.

Dzień czwarty, piątek - 12.09.2014 r.

Wczoraj było 39 stopni. Dodatkowa motywacja, aby ruszać wcześniej. Okazuje się, że o siódmej jest jeszcze ciemno. Ale o już ósmej jadę.
Miotam się przy wyborze i poszukiwaniu drogi. To problem rowerzysty z miejskim rowerem. Obawa przed drogami gruntownym. W końcu dołączam do pieszych. Na odcinkach szutrowych prowadzę rower, na brukowanych jadę. Jest przyjemne powietrze i mili towarzysze (ludzie się pozdrawiają, zagadują). Okazuje się, że z Viany do Navarette rowerzyści jadą tą sama trasą co piesi. Jest dobrze oznaczona. Potem w Navarette przenoszę się na trasę N120. Potem ją gubię i jadę LR 342 do Sotes i Ventosy (co do zagubienia trasy - to wynik oznaczeń, jedziesz drogą N 120a z Ventosy, dojeżdżasz do ronda i twojej drogi nie ma, historia z brakiem oznaczeń to już normalność).
W Sotes staję na obiad. Mam już dość. Znowu gorąco, brak cienia i było pod górę. Kończę obiad i wychodząc znowu spotykam chłopaka z Londynu, którego mijałam parokrotnie (idzie na piechotę w moim rowerowym tempie) już od dwóch dni. Znalazł po drodze kolegę (też szybkiego). Idą do Nayera smiley. Ja zmierzam 20 km dalej i docieram tam o 17-tej. Jestem w Santo Domingo de la Calzada. Znowu pełno w alberge. Piesi kończą około trzynastej - czternastej i wtedy od razu brakuje miejsc noclegowych. Znajduję hotel w opactwie cystersów - siostry zakonne w recepcji (!). Dostaję jasne wytyczne ze o 22:00 zamykają drzwi. Wszystko po hiszpańsku i na migi. Nie ma sprawy - wychodzę tylko do katedry i po wodę smiley...
Pierwszego dnia wyjeżdżając z Pamplony na tablicy widziałam napis: Santiago 740 km. Tu podają, że zostało mi jeszcze 580 km...

Na zdjęciu: most w Logrono - część trasy wspólna dla rowerzystów i pieszych.

Dzień piąty, sobota - 13.09.2014 r.

Moje maile koleżanka Kasia umieszcza w Internecie i dlatego podaję informacje o drogach i inne, może przydatne dla rowerzystów.
Za Santo Domingo de la Calzada kończy się autostrada. Cały ruch z autostrady przenosi sie na moją N120. Jezdnia dwupasmowa z poboczem dość wąskim. Dwie pierwsze godziny to duży stres. Jadę ostrożnie, mocno zaciskam dłonie, które zaczynają mi drętwieć. Wraz z temperaturą zauważam dobre strony tirów: jest sekunda cienia jak mnie miją i powiew wiatru.
Do 13-tej zatrzymuję się dwa razy w przydrożnych barach na kawę, wodę. W jednym z nich jem kanapki. Cały czas droga wiedzie pod górę. Nawet jak mi się wydaje, że droga wygląda lepiej, to użyte przerzutki i spojrzenie wstecz prostują mój pogląd.
W zasięgu wzroku wzdłuż drogi od czasu do czasu piesi pielgrzymi. Za Villafranca zaczyna się ostrzej. Nie ma już pieszych, pojawiają się rowerzyści. Mijają mnie dwie pary młodzieży i samotny Hiszpan, z którym chwilę rozmawiamy. Na zmianę idę i jadę. Nie daję rady. I wtedy anomalia: mija mnie jadący z prędkością 20-30 km na godzinę czerwony samochód osobowy (anomalia, bo tu nikt tą drogą nie jedzie poniżej 100 km/godz), za tylną szybą czerwony pluszowy diabeł. Mija mnie i zjeżdża na pobocze. W tym momencie wzmaga się ruch, ja jadę, samochód zostaje z tyłu. Kolejny zakręt i pod górę. Idę resztkami sił. Robi się pusto. Mija mnie samochód - ten sam - czerwony i zatrzymuje się jakieś pięćdziesiąt metrów przede mną - staje na pasie. Nie widzę, czy ktoś jest w środku. Adrenalina daje mi strasznego kopa. Być może bezzasadnie, ale ogarnia mnie strach. Na szczęście nadjeżdżają z tyłu dwa samochody i czerwony zjeżdża znowu na pobocze. Mając przed sobą wolny pas, jadę tak szybko, że nawet w bajkach tego nie wymyślili i cieszę się, że ta drogą jest jednak ruchliwa. Jadę tak następne 12 km. Wyjeżdżam na wszystkie góry. Staję dopiero wtedy, gdy widzę za sobą dwoje rowerzystów. Pytanie o czerwony samochód traktują chyba jak mój wymysł. A jednak myślę, że należy uważać - szczególnie samotny rowerzysta. Dlatego o tym piszę. Dla tych, co wybierają się samotnie: piękny kraj, ale ludzie mogą zdarzyć się różni.
Mijam w tej całej sytuacji planowane miejsce postoju. Teraz ciągnę już do Burgos. Ostatnie kilometry robię szutrową, pylistą drogą. Przedmieścia Burgos z fatalnym oznaczeniem drogi. Tu zupełnie inaczej niż w Logrono. Znowu gubię szlak. Jadę na wyczucie. Nagle w oddali widzę kogoś z plecakiem. To musi być pielgrzym. Doganiam go, gdy rozmawia z kimś szukając drogi. To Polak, pierwszy jakiego tu spotykam. Ruszamy razem w kierunku katedry, aby tam odnaleźć szlak. Znajdujemy katedrę i szlak i przy okazji - wszystko w mieście zajęte. Zalew pielgrzymów, fiesta. Rozdzielamy się w poszukiwaniu każdy swojego miejsca. Znajdują ostatni chyba pokój w mieście. Ale muszę zapłacić z góry. Jak sądzę cała pokryta kurzem, śmierdząca - jestem raczej nieciekawym klientem.
Zdążę jeszcze wyruszyć po wodę i idę na mszę do katedry. Na mszy 90% to starsze Hiszpanki. Część z obecnych mężczyzn to pielgrzymi (łatwo rozpoznać po stroju i butach). Na tacę zbierają dwie eleganckie panie. A przed katedrą zabawa, muzyka, tańce. Zaczyna się życie...
Tablice w Burgos informują, że pozostało mi 507 km do celu .
Na zdjęciu katedra w Burgos.

Dzień szósty, niedziela - 14.09.2014 r.

Nie mam siły. Postanawiam, że z uwagi na niedzielę wyrusze pozniej. O 9:00 wsiadam na rower i ruszam za pieszymi pielgrzymami. Plan jest taki, aby iść czy jechać (jak się da) z nimi do wioski Hontanas i tam dość wcześnie czyli koło pory obiadowej stanąć w alberge.
I tak się udaje - jadę drogą szutrową, spotykając Hiszpanów, Francuzów, Rosjan, Włochów i wiele innych narodowości i w końcu poznanego wczoraj Polaka - Pawła.
Pielgrzymuję. Ciężka trasa dla roweru i pewnie gdyby padało, byłoby to bardzo trudne. Ale tylko mocno wieje. To w moim przypadku oznacza znowu problem z oczyma (przymuję od trzech dni krople do oczu z antybiotykiem i przynajmniej oczy nie są już czerwone) . Widzę jak wielu tym idącym ciężko, niektórzy kuleją, oslaniają się od wiatru.
14:30 - jestem w alberge w pokoju 12-osobowym. Piętrowe łóżka, koedukacyjne łazienki. Spokojnie. Ciągle schodzą nowi pielgrzymi, a ci co już są "naprawią" sobie stopy, robią pranie...
W małym kościółku w Hontas - przy zaledwie paru osobach grał na flecie młody Koreańczyk. Jego towarzysz śpiewał. Był to krótki, śliczny koncert. I zupełnie niespodziewany.
Jutro ruszam dalej. Nie mam planu.

Zdjęcia: droga do Hontanas, wejście do Hontanas (tędy wchodzą pielgrzymi), moje schronisko - alberge (to jest to zdjęcie z praniem) nocleg za 5 euro i zdjęcie, jakie zrobiłam sobie w jednej z miejscowości na początku dzisiejszej drogi.

Dzień siódmy, poniedziałek - 15.09.2014 r.

Na sali sypialnej w alberge 10 mężczyzn i 2 kobiety. Źle śpię i budzą mnie nocne wędrówki. O 5-tej pierwsze ruchy wstających do drogi stawiają mnie na dobre na nogi ..... i odgłosy burzy. Czuję gardło. Leje. Wyciągam kurtkę i spodnie nieprzemakalne, pakuję wczorajsze mokre jeszcze pranie. Gdy jestem gotowa - połowy ludzi już nie ma. Ruszam również, na razie do baru na herbatę i kanapkę (2 euro). Dla mnie z rowerem jest za ciemno na podróż. W barze nie jestem sama, jeszcze paru pielgrzymów je śniadanie.
Trwa dyskusja czy dam radę z rowerem - czy tam w glinie i błocie utopie się. Wyjaśniam, że idę z nimi 5 km do Castrojeriz i potem wracam na asfalt. Kiwają głowami i życzą powodzenia. Wyruszam o 7:30. Trochę wysmarowałam się w błocie, ale nie jest tak tragicznie. 4 km dalej jestem już na asfalcie.
Przede mną pielgrzym na drodze wędruje otoczony dymem - tylko jeden człowiek pali tu na drodze fajkę, krzyczę "Paweł !" Rozmawiamy chwilę, robimy sobie wzajemnie zdjęcia i żegnamy się. Chwilę później jestem już sama i tak już zostaje do celu w Carrion de Los Condes (jadę z Castrojeriz drogami kolejno BU-400, z niej na BU-403, potem P-432 i P-431, kierując się cały czas na Formista). Od Formista (w Formista w barze duża kanapka i dwie herbaty - 4,5 euro) do celu droga pieszych idzie równolegle do mojej trasy, dzieli nas tylko rów. Cieszę się, bo czuję się raźniej i mam z kim pokrzyczeć i "Ola" i "Bueno Camino".
Carrion de Los Condes - godzina 14:00 i wszystkie miejsca zajęte. Radzą mi jechać albo 17 km albo 38 km dalej.
To normalne, jak się jest rowerzysta. Wszyscy są mili. Ale pieszy ma pierwszeństwo. No i jakoś wszyscy wierzą, że możemy pedałowac cały dzień. Co prawda są tu wyczynowcy, którzy jadą długo. Część osób jedzie lub wędruje bez bagażu. Zleca się przewóz specjalnym przewoźnikom i można wędrować. Można też wynająć sobie taksowkę, która dowiezie ci rzeczy tam, gdzie dotrzesz. Takiego pielgrzyma z taksówką spotkałam dzisiaj.
Jadę dalej i za miastem znajduję hotel i zostaję. Jest drożej niż w schronisku i hostelu, ale moje ogranczenie dzisiaj co do podróży wynika i ze zmęczenia i konieczności suszenia rzeczy po deszczu (a już wiem, że nie wszystkie schną szybko). Mam też mokre rzeczy od wczoraj. I co najważniejsze: pani w recepcji pokazuje mi gdzie mogę umyć rower. Od tego zaczynam postój.
Potem okazuje się, że dzisiaj w hotelu do jedzenia nic nie dostanę. W końcu odgrzewają mi pizzę. To już drugi dzień takiego jedzenia. Trudno.
Pogoda w dniu dzisiejszym - noc i rano burza. Od 9:00 bez deszczu, chłodno, wieje silny miejscami wiatr, temperatura poniżej 18 stopni (wieje, bo to charakterystyczne dla tego płaskowyżu mesety). Po 14-tej ociepla się.
Ważne dla piechurów - lampka czołówka jest niezbędna (innym też się przyda).
Ilość kilometrów do celu według przewodnika 422, według drogowskazów może być 450 lub 410 (oczywiście oba drogowskazy mogą się trafić w tym samym miejscu, to się tu zdarza i nie należy się przejmować).
Na jednym ze zdjęć widok dwóch dróg obok siebie, asfaltowej i camino dla pielgrzymów. Tak było dzisiaj przez część drogi i będzie jeszcze jutro. Będzie mi raźniej.

Dzień ósmy, wtorek - 16.09.2014 r.

No tak, są pierwsze straty. Ale jak się ma rower to się go zostawia przed barami. Brak aparatu fotograficznego. Miałam na nim trochę zdjęć, bo szybciej i poręczenie się robi niż tabletem. Szkoda, bo to prezent od rodziny i przyjaciół.
Dzisiaj wyruszam po rozmowie z lekarzem. W nocy miałam problemy z oddychaniem i cały czas mam bóle żołądka. No cóż, aby go nie podrażniać, postaram się pociągnąć na herbacie i pieczywie.
Wyruszam o 9:15 drogą N 120 na Leon. Płasko, pusto, chłodny wiaterek, chmurki. Nikogo, rzadko jakiś samochód. Po 20 km na drogę wchodzą piesi. Będą teraz podróżować w pobliżu drogi, która jadę.
Staram się zatrzymywać często na herbatę (często to było 3 razy). To jak mija dzień też zależy od baru, a najbardziej jacy w nim ludzie i jedzenie. W ostatnim przed postojem jak zapytałam o coś do jedzenia, to ponieważ nic nie mieli - właściciel wystawił słoik marmolady, pudełko margaryny i opiekł mi tosty. Było bardzo dobre (bez margaryny).
Jest 14:30 - stoję na drodze i nie wiem co robić (jak jechać). Zrobiłam około 50 km i to wystarczy. Do jakiegoś miejsca, gdzie mam szansę na nocleg jest 20 a może 30 km. Do Sahagun, które minełam jakieś pół godziny temu na pewno się nie cofnę. Obok miejscowość, która ma małą alberge, ale z fatalną opinią w przewodniku (pewnie zresztą pełną pielgrzymów). Przewodnik ma co prawda 4 lata...
W końcu poddaję się i skręcam do tej wnioski - Calzada de Coto. W alberge 3 osoby - trzech rowerzystów z Teksasu. I tak w czwórkę jesteśmy docelowo gośćmi w 36 osobowej sali i jak okazuje się w nowym, bo otwartym od 3-ch miesięcy alberge (stare zamknięto). Jest cicho i czysto. Gdyby było nas więcej, to w moim odczuciu zaplecze jest za małe. Dla nas jednak dzisiaj wszystkiego jest dużo. Płatność za łóżko - co łaska.
Rozmawiamy, jemy, robimy zakupy w jedynym sklepiku w wiosce(?). Próbujemy nie dać się zdominować przez zarządzającego alberge (jest pierwszy dzień w pracy i ma nas tylko czworo).
Droga dzisiaj była w zasadzie płaska. Na parę górek nie ma co narzekać. Jutro może być podobnie. Potem znowu będą wspinaczki.

Zdjęcia: moje na na tle kościoła w Terradillos de Los Templarios i samego kościoła - miejsca wyznaczajacego połowę Camino i nasza sala w alberge (pierwsze po lewej na dole moje łóżko).

Dzień dziewiąty, środa - 17.09.2014 r.

Wieczorem czuję się coraz gorzej. Nie mogę leżeć, bo mam problem z oddechem. Jakieś inne organy też coś marudzą. Amerykanie i Paco (nasz gospodarz w alberge) pomagają mi zorganizować podróż do szpitala. Chcę zrobić przeswietlenie klatki piersiowej. Po co czekać do jutra i marnować dzień. Leon - duże miasto ze szpitalem jest blisko.
Samochodem do Leon, rower na przyczepie. Rower i bagaże do hotelu (przy szpitalu), ja do szpitala.
21:45 melduję się w okienku, przekazuję kartę europejską i paszport. Wypełniamy druczek z danymi. Cytuję po hiszpańsku wyuczone w międzyczasie zdania (nikt nie porozumiewa się inaczej niż po hiszpańsku). Opisuję problem z oddychaniem. Następny pokój, powtarzam tę samą regułę po hiszpańsku. Przeprowadzają mnie do poczekalni. Czekam. Po godzinie jako Jolanta Marija zostaję poddana pomiarom: ciśnienia i temperatury. Dopominam się "fotografiiji". Nie teraz. Znowu do poczekalni i czekać na lekarza.
24:11- czekam, zaczyna mnie mocniej pobolewac żołądek (czuję go od paru dni)
01:15 - prosi lekarz (znaleźli kogoś z angielskim)
01:30 - pobranie krwi i EKG
02:15 - rentgen klatki piersiowej
03:10 - prosi lekarz (już dwóch) i wyjaśniają, że wszystko jest ok., ale jest anomalia w pracy serca i chcą zrobić dodatkowe badania. Robimy.
03:30 - podsumowujemy: zalecają zakończyć drogę do Santiago czy to na rowerze czy piechotą. Po powrocie do Polski udać się do lekarza i ustalić co dalej z sercem (na obecną sytuację mogło się też zbiec parę elementów: wysokość która waha się od 400 m npm do 1100 m npm, a w większości to praca na wysokości około 800-900 m npm, duży wysiłek, serce i może coś jeszcze czego nie znaleźli).
Jestem tak zmęczona, że nie wspomnę o tym, jak w tym momencie potwornie boli mnie żołądek (obawiam się, że przedłużone badania skończyłyby się tym, że musiałabym tam zostać). Dziękuję lekarzom, zabieram papiery i ledwo docieram po 4-tej w nocy na piechotę do hotelu (to ten sam bardzo nowoczesny kompleks szpitalny).
W hotelu dochodzę do wniosku, że skoro to nie zawał i płuca mam całe, to przespię się i jadę dalej od jutra moje Camino. Na pewno wszystko będzie dobrze.
Chwilę później dopada mnie taki ból głowy i żołądka, że obezwladnia mnie na następne 12 godzin. Na cały kolejny etap. Tyle o planach człowieka na Camino.
Jestem wykończona, poddaję się, jeśli moje Camino tu ma się skończyć i jest właśnie takie, to zgadzam się. Ból maleje.
Wieczorem, gdy już jestem w stanie się ruszyć udaje mi się zorganizować herbatę i bułkę. Nic więcej już dziś nie zrobię.
Na zdjęciu: szpital w Leon.

Dzień dziesiaty, czwartek - 18.09.2014 r.

Noc i ranek 18.09.2014 - no cóż boli dalej. Mogę się ruszyć do recepcji, do baru hotelowego. Ale to, jak oceniam sytuację będzie maksimum moich możliwości.
Wszystkim wrzodowcom radzę pamiętać o zabraniu leków i siemienia w taką podróż.

Pozdrawiam serdecznie z zakończonej w Leon pielgrzymki do Santiago de Compostella. Przejechalam około 400 km (z tego część to efekt błądzenia i szukania dróg)
Jola
Ps. i tak tam dotrę (ale już nie sama), bo z Santiago mam samolot do domu...